Wędrowni malarze i szmaciarze

Dawno, dawno temu, w czasach tak zamierzchłych, że nikt już ich prawie nie pamięta, w czasach bez internetów, odrzutowców i telewizji, w kraju, powolnie podnoszącym się z wielkiego gruzowiska, jakie pozostawiła po sobie wojna, gdzie latem pachniał bez i nikt nie myślał o antykoncepcji, w Polsce lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku, funkcjonował taki tajemniczy fach jak wędrowni malarze.

Byli to panowie niezdradzający swojego pochodzenia, stąpający po bliżej nieznanej, zapewne krętej ścieżce swego losu. Być może byli to włóczędzy lubiący spać pod gwiazdami, żyjący w cieniu gruzowisk, którzy chełpiąc się przydrożnymi zdobyczami dnia zaspokajali duchowe pragnienia pod osłoną radzieckiej nocy. Do szpiku polscy cyganie, wyklęci żołnierze powojennych odcieni szarości. Hipsterzy komunizmu, niebieskie ptaki, naciągacze i oszuści.

Chodzili od domu do domu, oferując swoje niepowtarzalne portretowe usługi artystyczne. Promocja. W pakiecie: zatrzymanie czasu, pamiątka, prestiż u sąsiadów. Nie malowali na żywo a jedynie ze zdjęć, tworząc niekiedy przedziwne kolaże, łączone portrety stapiające czas. Właśnie taki „obraz” ślubny moich dziadków, którzy wcześniej nie dorobili się fotograficznej pamiątki zaślubin, stworzony został przez wędrownego malarza, i podobno wyglądał cudacznie. Dziadków połączyła wojna. Wówczas nie mieli czasu na fotograficzne ceregiele, nadymanie policzków, bańki mydlane. Później przesiedlenie, odbudowa, ciężka praca u podstaw, na odzyskanej, ale obcej, nigdy nieoswojonej ziemi.

Artysta znikąd, wędrowny malarz domalował welon i wszystkie niezbędne, ślubne rekwizyty. Iluzja byłaby się niemal dokonała, ale dziadek dał swoje zdjęcie z młodości, to zanim jeszcze całkiem wyłysiał, a babcia dała aktualne. Dziadek chciał dzieło eksponować, wieszać nad kredensem, a babcia przez wiele lat była na dziadka zła. Niestety owa „pamiątka ślubu” przepadła gdzieś w odmętach minionego dnia, zwietrzałych zapachów, strawionych posiłków, nerwowych przeprowadzek, kolejnych pogrzebów, unoszącego się i opadającego pyłu przy drodze. Ale dziadkowie zamówili jeszcze jeden obraz. Na nim razem znaleźli się moja mama i wujek, choć różnica wieku między nimi wynosiła przecież kilka lat.

IMG_5210

W taki właśnie sposób powstawały osobliwej natury kolaże z innych czasów zamykające ludzi z różnych ich życiowych momentów we wspólnym kadrze. Powstawały pamiątki ślubów, komunii, i zapewne niewiele osób już pamięta czego jeszcze. Zatrzymane chwile, zdjęcia, w jednej ramie łączące tych i tak już związanych wspólnym losem. Jednak owo spłaszczenie, ów motywowany szybkim zarobkiem, rzemieślniczy gest wędrownego malarza, zamykający różné przestrzenie czasowe na jednej percepcyjnej płaszczyźnie uwypukla, skrywany uwiązaniem wspólnych losów, dysonans, budzi konsternację. Zamiast łączyć przedstawiane osoby, unaocznia ich wyobcowanie, jakby chciał szeptać: tutaj każdy ma swój czas, swój strumyczek przemijania, zlepiony z intymnych momentów, nieugięcie wleczony siłą ciążenia wprost do ujścia. Wszystko co mamy to ten strumyczek, przepływający przez wieczność jak przez palce.

Chodzili też od domu do domu a właściwie ulicą się przechadzali szmaciarze i zbieracze złomu. Szedł taki raz na jakiś czas i głośno obwieszczał swoją marszrutkę niniejszym raz po raz wywrzaskując: „Szmaaaty! Stare szmaaaty zbieraaam! Gaarnki! Stare garnki!” I ludzie rzucali z okien niepotrzebne szmaty i oddawali złom. Kiedy gospodyni dała kilka starych, pordzewiałych garnków, dostawała w zamian od szmaciarza nowy, błyszczący garnuszek. I szedł szmaciarz dalej wołając: „Szmaaaty! Stare szmaaaty zbieraaam! Gaarnki!”

A wspomniałem historie o wędrowcach, bo zastanawiałem się, jak będą wybrzmiewać za kilkadziesiąt lat echa „12 opowieści żydowskich” Anki Grupińskiej,1 książki przedstawiającej dwanaście historii żydowskich, dotyczących głównie czasów przedwojennych w Polsce, pokrótce z mrożącej konieczności dotykających również czasów okupacji, by kończyć się gdzieś i urywać w okresie powojennym. Są to zapisy wspomnień Żydów już u schyłku swego życia, zawierające niekiedy niezwykle barwnie ożywiające obrazy z przeszłości, ich młodość, zależności rodzinne, ich ówczesny styl bycia i życia z czasów, które przepadły bezpowrotnie.

12_opowiesci_zydowskich

Z jednej strony bogactwo kultury zniewala, z drugiej przeraża jej gwałtowny, totalny kres, jednak opowieści te dotyczą głównie najbardziej ulotnej codzienności, najbardziej zwykłych, banalnych czynności, których urok utworzył bruzdy w pamięci ludzi powoli dobijających do kresu 2 i jakby niejako mimochodem już odchodząc odwracają się na chwilę, żeby jeszcze raz wymienić spojrzenie, uśmiechnąć się. Te opowieści to właśnie takie 12 uśmiechów przed drogą u brzegu kołysanym przez fale bezistnienia.

Losy minione, utracone światy, ale czy w kolejnych dekadach XXI wieku nie inaczej będziemy potraktowani przez pardon le mot przemijanie? Czy coraz bardziej rozpędzona „rzeczywistość” stanowić będzie łagodniejszą zagładę dla tej najmniej widocznej, rzadko zauważanej, szarej warstwy codzienności, w której osadzamy nasze chwile; przyczepiamy je bez wytchnienia jak jednorazowe ozdoby na choinkę, czasem tylko boleśnie wspominając, że Wigilia w zeszłym roku była inna… Nie mniej to poprzez codzienne rytuały, obrzędy, pielgrzymki do pracy, sklepu, na tramwaj, z tego kurzu po-​między-​czasu tka się poczucie istnienia w tej ulotnej przygodzie.

  1. Anka Grupińska „12 opowieści żydowskich”, Czarne 2013 link do książki
  2. Niektórzy z nich zmarli przed wydaniem książki